środa, 22 kwietnia 2015

o krok...



Od bardzo długiego czasu pytacie mnie o dzień w którym otarłam się o śmierć, w sumie to złe określenie.. opowiem dziś o właściwie mojej próbie samobójczej, nie ma się czym chwalić, ale stojąc 'face to face' ze śmiercią nie było tak pięknie..
Szczerze mówiąc uciekam od tego postu jak tylko mogę, odkładam go i ciągle zamykam skrzynkę z tymi wspomnieniami w mojej głowie.. Lecz coś powoduje że muszę ją z Siebie wyrzucić..
W sumie ciągle zastanawiam się czy mieszanie tematów z dawnej przeszłości, może nie tak dawnej, ale jednak..
Z tymi związanymi z moją córką jest mądre. Nie chciałabym żeby kiedyś przeczytała to jak słaba byłam..
Bo chciałabym żeby była silną i niezależną kobietą, która..
Dobra..
Przesadzam, zmieniam temat..

Jednak jakaś część mnie sprytnie ucieka przed wspomnieniami od tamtego dnia...
W sumie nie chce też zdradzać powodów dla których to zrobiłam.. Bo wiem że wchodzą tu zawistne osoby które zrobią ze mnie patologie i chuj wie kogo...
W sumie.. chyba pora się wziąć za pisanie...

"Masz rację, lecz do tej pory to odczuwam skutki walenia dopa w nos,
picia wódki co noc, czuję wciąż zapach trutki na szczury.
Czując ten zapach, hm, widzę ten obraz ponury.
Ponurą swoją twarz i umysł zatruty, podziurawione buty,
od tripów wieczny brak kwitu, jak był to był on brudny."


Dzień się zapowiadał nie wiele inaczej niż wszystkie, kolejna nie przespana noc.. Co około 2-3 godziny musiałam znów sypać, żeby wytrzymać jeszcze te kilka godzin, do rana i wyjść.
po każdej kresce, nosiło mnie coraz bardziej, pokój stawał się coraz mniejszy i szlag mnie trafiał..
Była już 6 rano w sumie mogłam wstać, ale coraz częściej widziałam podejrzliwy wzrok mojej mamy, wracałam o 3 w nocy wstawałam o 6, niby wypoczęta jak gdyby nigdy nic..
Pomyślałam że po leże jeszcze kilka minut.. Zaczęłam się zastanawiać ile jeszcze tak po ciągne, organizm coraz słabszy, sztywniały mi mięśnie.. skurcze były dość silne, czasami aż piszczałam z bólu.. twarz była coraz bardziej szara.. ciało coraz bardziej wychudzone.. psychika wisiała na włosku.. miewałam rozdwojenia jaźni.. nie poznawałam sama siebie... Myślenie przerwała mi mama która weszła do pokoju..
-Gdzieś ty do cholery wczoraj była?! Cały czas nie ma Cie w domu, jak ty w ogóle wyglądasz. Wstawaj do szkoły! - i wyszła..
Podniosłam się z łóżka ledwo żywa i znów ten skurcz! pisnęłam..
Otworzyłam szafę i zaczęłam szukać jakiś ubrań przebywając w jakiejś otchłani Swoich myśli, wyrzutów sumienia..
Słyszałam znów kolejną awanturę, bluzgi, wyrzuty, nie mogłam tego znieść, cały czas w tym samym miejscu, nigdy nie sądziłam że jestem też częścią tych kłótni że są właśnie przeze mnie.. Przez moje nieodpowiedzialne zachowanie, zaniedbanie szkoły, ciągłych psychologów, a przecież chciałam tylko żeby ktoś mnie rozumiał..
Rozumiało mnie.. Ćpanie..
Wyszłam z pokoju i złość została skierowana na mnie.. że ja to że ja tamto, że coś robię, a z drugiej strony nigdy nic nie robię..
(jak wspominałam nie chce pisać o głównym powodzie... mojego załamania..)
Kiedy wybiegłam z domu z płaczem, przez całą drogę pilnowałam się żeby nie wpierdolić się pod samochód, nie miałam już znieczulenia, nie było ćpania, biegłam do miejsca gdzie mogłam się schować przed całym światem..
Tylko że to właśnie to miejsce sprawiło że poczułam się jeszcze bardziej bezsilna..
Zaczęłam przypominać Sobie wszystko moje nie powodzenia prześladujące mnie na każdym kroku, wieczne kłótnie, o to że tak na prawdę jestem jebanym ćpunem, człowiekiem bez żadnych wartości.. niczym..
Moim ciałem wstrząsnęła kolejna fala płaczu, rozejrzałam się w okół siebie po ciasnym obleśnym pomieszczeniu stało kilka krzeseł, stół, a na stole leżał ... sznur..
Patrzyłam na niego jak na lekarstwo, jak rozwiązanie wszystkich moich problemów, wiedziałam ze to jedyne rozwiązanie, w głowie nagle była pustka, żaden głos nie żądał bym nie myślała o tym w ten sposób, chyba to mnie najbardziej dziś przeraża, wzięłam go do ręki, był zimny, chodź ciężko mówić o sznurze że był zimny..
Ciężki jak by był łańcuchem, popatrzyłam w górę były belki..
popatrzyłam na nie beznamiętnie i stanęłam na krześle zawiązałam go na górze, a pętle założyłam na szyje, czułam jak wypala mi szyje, ale nie zmieniło to niczego, zamknęłam oczy, chciałam ostatni raz zobaczyć uśmiech mojego mężczyzny.. odszukałam w myślach obraz mojej mamy, rodzeństwa, przeprosiłam za wszystko w myślach i już miałam się poddać...
Dzielił mnie jeden krok.


"Przecież ty to zrobiłeś, przecież nie żyjesz
Elegancko się powiesiłeś
A co przedtem mówiłeś?
Że ten kto nie da rady jest tchórzem takim jak ty i powtórzę
Gdybyś był dobry to byłbyś na górze.."



Nagle usłyszałam znajomy głos który krzyknął : - KURWA AMIŚ CO TY DO CHUJA ROBISZ
JA PIERDOLE...
Przestraszył mnie tak bardzo że prawie spadłam z krzesła na którym stałam..
Słyszałam jak sykną, gdy otworzyłam oczy, ściągał mi pętle z szyi, a ja tak cholernie płakałam...
Przytulił mnie i zaczął coś mówić, ale w większości nic nie rozumiałam bo mój płacz zagłuszał wszystko..











... nie wiem co mam dalej napisać.. To chyba najtrudniejszy dzień w moim życiu, nie było mi łatwo o tym pisać i nie wiem czy kiedykolwiek cooś odda to co wtedy czułam...




1 komentarz:

  1. o Kurczę ;/
    Dobrze, że skończyło się nie tak jak zamierzałaś... trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń